Chyłkiem, cichcem i ...
Ustawowo zlikwidowali stowarzyszenia!
Co, powiecie, że niemożliwe?! Nie słyszeliście?
Pewnie, że nie. Ja też nie wiedziałem –
bo określenie zostało. Znowelizowano
„tylko”
ustawę.
Kto normalny, dzisiaj, niezawodowo śledzi ustawy?
Historycznie, odkąd ogarniam, pierwszym krokiem
było ograniczenie możliwości prawnych dla stowarzyszeń zwykłych o stażu poniżej roku działalności.
Geneza „korekty” wywiodła się oczywiście z tego, że gdy pojawiał się tzw. inwestor wiatrakowy tam,
gdzie (rzadko) świadomość społeczna na to pozwalała, pierwszym krokiem samoobrony bywało założenie
stowarzyszenia w celu uzyskania jakiejkolwiek możliwości prawnej przeciwdziałania (link do treści
własnej).
Dla Strefy było to mocno uwierające i szybko „wypracowała” tymczasowe
rozwiązanie.
Teraz przyszła pora na podszeptany, starannie
obmyślony krok następny
(Ustawa z dnia 25 września 2015 r. o zmianie ustawy – Prawo o
stowarzyszeniach oraz niektórych innych ustaw).
Zapewne intencją ustawodawcy była chęć
zrobienia „dobrze”. Komu? – to już zupełnie inna sprawa!
Wolność stowarzyszeń podobno zapisana jest w Konstytucji RP – podobno, bo tak jak znakomita większość, nie czytałem (bo i też po co?)!
Potem jednak są tworzone tzw. akty prawne i wtedy się okazuje, że jak nie pisze (w konstytucji), to
nie ma, a jak pisze, to tylko pisze.
Parafrazując –
„Konstytucja konstytucją, a prawo musi być po naszej stronie”.
Zabrałem się w końcu za obejrzenie tegoż nowego aktu (o stowarzyszeniach). Napisane ładnie, równo w podpunktach i powyginanych paragrafach. Tekst niby jednolity, ale szary człowieku bez tłumacza pojąć do końca nie zdołasz! (Obrazka też nie było).
Według mojego dotychczasowego rozeznania dotąd stowarzyszenia dzieliły się na dwa rodzaje – prawdziwe, czyli zwykłe oraz niezwykłe, czyli po przetłumaczeniu: na „gorsze” (te prawdziwe) i „lepsze” (te niezwykłe).
Wówczas te „gorsze” były autentyczne, bo nieudawane. Powstawały ze spontanicznego odruchu chęci zrobienia czegoś pożytecznego w swoim (rozumianym bliżej lub dalej) otoczeniu.
Rejestracja formalna była prosta, jednoznaczna i oczywista.
Niestety miały poważną, aż dziw bierze, że tak długo niedostrzeżoną przez Strefę „wadę”:
takie to „nie wiadomo co” miało pewne prawne prerogatywy. Otóż stowarzyszenie
zwykłe mogło zostać tzw. stroną postępowania i wtedy mając prawo dostępu do dokumentów
planistycznych, mogło się niekiedy władzy formalnie przeciwstawić!
Ta nieznośna sytuacja zaczęła w końcu szeroko pojętej Strefie tak doskwierać, że trzeba było
ukrócić.
Zabrać uprawnienia, jak Zagłoba powiadał – to niepolitycznie. Trzeba fortelu.
Jaki fortel? – zniechęcić, zastraszyć, udusić w biurokracji i... uzależnić od „sponsorów”!
Oczywiście, jak zawsze, nasze stowarzyszenie było tym gorszym. Tłumacz orzekł, że obecnie w nowej rzeczywistości (wierzyć mu czy nie wierzyć?), liczba rodzajów chwilowo WYNOSI TRZY. Najlepsze, gorsze i najgorsze. Powiedział, że teraz jesteśmy chwilowo najgorsi, ale orzekł, że trzeba się cieszyć, bo za chwilę nie będzie nas wcale!
Są dwie „dobre zmiany”.
Pierwsza, taka
humorystyczna,
że minimalna ilość członków stowarzyszenia gorszego, to dalej liczba TRZY.
Czyli wystarczy kasjer, księgowa i prawnik, i już można zakładać stowarzyszenie zwykłe nowej
generacji.
Tłumacz uspokoił, że
nadal wolno członkom stowarzyszenia składać się na swoją działalność i dlatego już możemy się
cieszyć, że będziemy mieli co księgować (obowiązkowo).
Powiedział też, że nie ma co się przejmować tym, że nadal nie wolno będzie prowadzić działalności
gospodarczej, ani też prowadzić odpłatnej działalności pożytku publicznego (cokolwiek to znaczy?),
gdyż łaskawie się już zezwala, oprócz
składek z kieszeni własnych członków
przyjmować darowizny, spadki, zapisy oraz korzystać z
odchodów dochodów z majątku stowarzyszenia
(???), oraz, cytuję, z
„ofiarności publicznej” (tylko
żeby się nie popychali w kolejce!).
Stowarzyszenie gorsze, już może też otrzymywać dotacje na zasadach, cytuję „określonych w
odrębnych przepisach”. Jakie to przepisy, pisarz tekstu „jednolitego” maluczkim
już nie objaśnił.
W moim mniemaniu można dostać, jak się stanie na dwóch łapkach i zasłuży.
Tylko pamiętać, że stając „słupka” nie podskakiwać, bo się można wywrócić!
A więc do dzieła!
Już można śledzić co rusz najświeższe ustawy,
wystawać w urzędach, otwierać konta w bankach, obracać pieniędzmi ze składek własnych trzech
członków, przyjmować darowizny, spadki, zapisy, trwonić majątek stowarzyszenia,
żebrać robić zbiórki publiczne, zdobywać dotacje,
nabijać statystyki działalności (władza to kocha – czuje się wtedy taka potrzebna i
spełniona!), prowadzić księgi rachunkowe, składać zeznania podatkowe, płacić za usługi księgowe a
też, prędzej czy później prawne, pozywać (raczej bywać pozywanym, a przynajmniej zastraszanym
prawnymi groźbami – a jak coś pójdzie nie tak, to i
komornika, z tytułu przynależności do wyżej wspomnianego, też można we własnym prywatnym domu
spotkać), zatrudniać i opłacać nawet ze składek, swoich własnych członków (razem z podatkiem od
wynagrodzeń i ZUS-em), no i
pracować na to wszystko za friko, gdyż w myśl ustawy, działalności gospodarczej stowarzyszeniu
(gorszemu) prowadzić nie wolno.
Jeszcze w tym gorszym stowarzyszeniu można posiadać organ (kontrolny) lub też świadomie z niego zrezygnować. W tym najlepszym, bez organu działać już się nie da!
Jak już tego wszystkiego się dokona, to stowarzyszenie
może wreszcie przejść do pracy nad swoimi projektami.
W dzisiejszym społeczeństwie materialnym niewątpliwie to wszystko
można udźwignąć już za pomocą minimum trzech chętnych, a mających nierówno pod sufitem
wolontariuszy.
A szczególnie, już widzę na horyzoncie fatamorganę bezinteresownych ochotników w środowisku
wiejskim.
Druga „dobra zmiana” jest taka,
że jeżeli w ciągu dwóch lat stowarzyszenie prawdziwe, się nie przepoczwarzy, to znika, czyli
mówiąc językiem dyplomatycznym – ulega eksterminacji (słowo delegalizacja jest niepolityczne).
Z upływem czasu na Ziemi pozostaną znowu tylko dwa rodzaje
(stowarzyszeń) – lepsze i takie tylko trochę gorsze, czyli wszystko niby wróci do równowagi
zoologicznej biologicznej, a konstytucja RP cały
czas obowiązuje i to bez Komisji (Weneckiej).
Pewnie Paniom posłankom i Panom posłom może zdaje się, że stowarzyszenie, a w szczególności stowarzyszenie zwykłe to jakiś rodzaj intratnego biznesu.
Wykazując pewną asertywność, można szanownych
reprezentantów rozumieć. Oni wszak sądzą po sobie.
Kiedyś jakieś ośmiorniczki pędzące na
stole, szeptały do siebie, że za tyle a tyle to pracowałby tylko idiota. Jakim to dopiero idiotą
musi być ktoś, kto chce poświęcać swój czas mało, że za darmo, ale jeszcze dokładać z własnej
kieszeni.
Niemożliwe, aby po świecie chodzili aż tacy idioci!
Za tymi, nawet najmniejszymi
idiotami stowarzyszeniami
też muszą się kryć jakieś lewe interesy,
szemrane powiązania i nieopodatkowane machlojki!
I – co gorsza – teraz już się nie mylą, bo reszta nie ma racji bytu!
Do jednego wora z nimi!
Od czasu do czasu władza wrzuci jakiś grant pieniężny na
jakiś niekolidujący, obojętny projekcik (byle nie ze środków własnych – są systemowe, zwykle
nazywane „europejskimi” – czyli, że takie niby niczyje, prosto z nieba), żeby masa
miała się czym zająć i nie myślała o stawaniu okoniem.
I wszystko to, na chwałę „sprawnie działającego systemu”.
W „poprzednich” czasach najlepiej
dofinansowanymi organizacjami były młodzieżowe ZMS i SZSP. Zadaniem aktywistów było niesienie
sztandaru wysoko, jako organizacji niezależnych i pluralistycznych.
Forsa i przywileje, tam się wylewała na boki drzwiami i oknami. Prawie za friko. Wymagano tylko
postawy zgodnej z linią Partii (partia pisana dużą literą i już było wiadomo która) i wewnętrznej
pacyfikacji środowiskowych niepokojów.
Dziś nie inaczej. – działać na chwałę i potrzeby władzy i
nie podskakiwać!
Liczą się tylko organizacje sztuczne, duże, instytucjonalne. W takich współpraca z władzą idzie
zgodnie łapka w łapkę i nikt władzy w poprzek nie stanie.
Można sobie do woli produkować lipne roczne programy współpracy z organizacjami pozarządowymi, organizować fora tychże, symulować współpracę i opowiadać bajki o „przeprowadzonych konsultacjach społecznych”.
TEZA KOŃCOWA
Ustawa jest „skrojona” pod te siły, które
środkami finansowymi mogą pokierować duże, „dedykowane” stowarzyszenia w potrzebnym
dla „ofiarodawców” kierunku.
Małe, „naturalne” stowarzyszenia
lokalne w nowych warunkach nie mają racji bytu.
A te małe grupki nawiedzonych naiwniaków nikomu specjalnie nie są potrzebne, a mogą się okazać wielce „szkodliwe”.
Zlikwidować?!
No nie, nie uchodzi. Przydeptaliśmy, a teraz sami sczezną!